Te wspomnienia.. Wynizczający ból, cierpienie.. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to doświadczenie, wiedza i rozwój. Potrzebowałam tego doświadczyć. Nic nie było dobre ani złe, to po prostu było. To po prostu jest. Nic nie jest złe, nic nie jest dobre. Po prostu jest. Mimo, że to piękne wspomnienia - depresje, myśli i podejscia samobójcze, pedagodzy, psycholodzy, terapeuci, psychiatryk, psychiatrzy. Mam do tego sentyment. Ale nikt nie był w stanie mi pomóc. To mogłam zrobić tylko ja. Pokochałam siebie, pokochałam Boga, którym jestem ja i każdy inny. Pokochałam wszystko, co istnieje, bo wszystko jest Bogiem. Uwolniłam się z sideł, które stworzyło społeczeństwo i narzucony przez nie system.
Oczywiście to nie to, że nagle wszystko minęło. Nic nie minęło. Ja po prostu zrozumiałam życie, istnienie, drogę do oświecenia. I ta cała przyziemność nie ma już żadnego znaczenia. Bo po co?
Ramtha (Biała Księga)
Sporo czasu minęło od kiedy ostatnio tu pisałam. Coś się zmieniło. Nic się nie zmieniło. Zmieniło się wszystko. Zagłębiając się w wielką prawdę o życiu.. ..zrozumiałam je. Zrozumiałam życie. Terapia? Psychiatryk? Leki? ..wystarczyła tylko ta książka, prawda w niej zawarta.. Żebym po ponad 6 (?) latach nieustających na dłużej myśli samobójczych.. ..zrozumiała sens wszystkiego. Może dlatego, że odnalazłam tam potwierdzenie tego, co w życiu mi nie pasowało. Może.
To ludzie stworzyli definicję normalności i nienormalności. To ludzie zamknęli mnie w ramie, która musi zostać dostosowana do reszty. Musi? No właśnie. Ja nic nie muszę. Nikt nic nie musi. Jestem wspaniała w każdym milimetrze mojej psychiki, w każdym fragmencie moich zachowań i emocji. To jestem ja. To jest wspaniałe. Oczywiście są momenty, kiedy jest tragicznie.. ..ale co ja mogę? Akceptuję to i zbieram tylko doświadczenie. Zbieram to, co mnie rozwija. Odnalazłam prawdę i dążę do oświecenia. W 2012 roku zapewne wielu zrozumie..
Oczywiście chciałabym się zabić i pierdolić ten świat. Ale dziś wiem, że nie da się tak, bo i tak tu powrócę i będę powracać za każdym razem. I nie da się stąd tak po prostu uwolnić.
Tęsknię za terapią, za terapeutą.. A jeszcze bardziej tęsknię za psychiatrykiem. Bardzo. Kiedy jest już ciemno, kiedy ludzie chowają się do domów.. Ja, jadąc gdziekolwiek przed siebie na małym bmx'ie, znajduję się nagle o 2 w nocy pod szpitalem na Sobieskiego. Coś mnie tam ciągnie, jak widać. Minęło już tak dużo czasu od kiedy tam byłam. Spędziłam tam zaledwie tydzień.. Ale ci ludzie.. Chyba nigdy o nich nie zapomnę.
Może kiedyś wrócę na terapię mimo wszystko.. ..ale na pewno nie po to, aby zmieniać siebie.
Dlaczego tak dobrze mi w tym bólu? Dlaczego jest mi tak źle, a ja chcę żeby tak było?
Dlaczego ludzie dążą do szczęścia? Dlaczego ja go nie chcę? Dlaczego tak dobrze mi, kiedy ból rozrywa mnie od środka, a łzy nieustannie spływają z oczu?
Dlaczego powinnam chodzić na terapię i szukać sensu życia? Dlaczego powinnam naprawiać siebie i uczyć się inaczej żyć? Dlaczego to ja jestem inna i powinnam się dostosować?
Czasem mam mnóstwo pytań.. Które pozostają bez odpowiedzi. Czasem, tak jak wtedy, stojąc za barierką na moście.. ..wszystko przestaje się liczyć. Nic nie ma znaczenia, a ja nie zadaję pytań. Więc dlaczego zawsze cofam się, gdy brakuje tak niewiele? Dlaczego ostateczny moment nigdy nie nastaje? Chyba bardziej obawiam się skutków przeżycia, niż samej śmierci. Śmierć mnie nie przeraża.
Terapia mnie wkurwiła. A raczej fakt, że nie mogłam się zapisać. I mija kolejny tydzień bez niej. Brakuje mi jej, rozmów, terapeuty.. Ale czy ja powinnam tam wracać? Czy to ma dla mnie jakiekolwiek znaczenie? Czy terapia ma jakikolwiek sens, kiedy ja nie chcę nic zmieniać? Dlaczego ludzie chcą być szczęśliwi? Nie potrzebuję tego.. Jest mi tak wykurwiście źle i.. Co z tego? Może tak po prostu powinno być? Jest we mnie tyle sprzeczności, których nie potrafię zrozumieć. Jest we mnie tyle sprzeczności, które na siłę chciałabym pod coś dopasować. I nie potrafię. Nikt nie potrafi. Choćbyś chciał.. I wierzył, i się starał. I wiedział, że możesz.. Nie pomożesz mi. Nie potrafisz. Ani Ty, ani nikt inny. Bo mój kształt nie psuje do żadnej formy, która jest znana. Bo ja nie rozumiem "normalnego" świata, a "normalny" świat nie rozumie mnie. Świat byłby lepszy beze mnie? Nie. To bez Was świat byłby lepszy. Nienawidzę tej normalności, w którą tak chciałam się wpasować. Nienawidzę wszystkich i wszystkiego, co wymaga ode mnie normalności. Zostawię to wszystko, co kiedykolwiek istniało.. Ucieknę daleko.. Daleko od świata, który czegokolwiek ode mnie wymaga.. Od świata, którego ja nie umiem zaakceptować. Stworzę własny świat.. I wpuszczę tam tylko tą jedną osobę.. Która zaakceptuje cały mój świat. Źle mi. I nic na to nie poradzę. Źle mi i pierdoli mnie to.
Na jednej próbie się nie skończyło i co z tego? Cudowne uczucie odpływania na drugi świat, gdy pętla wokół szyi się zaciska.. A z drugiej strony ból, świadomość, że może coś nie wyjść. Ale na tym przecież nic się nie kończy. To była tylko alternatywa. Miało się udać. Uda się. Stanąc nad przepaścią i zamknąć oczy. Ja przecież już umarłam. Tylko moje ciało jeszcze musi zdechnąć. Tak nienawidzę tego skurwysyna, że powinnam zrobić to teraz. Nie potrafię opanować tej wściekłości i nienawiści do niego. Nienawidzę kurwa! Chciałabym stąd uciec jak najdalej, gdziekolwiek. Ale po co uciekać.. Przecież i tak spierdalam z tego świata. Żadnej pomocy. Żadnych chęci. Spierdalam stąd. Tak kurwa, wiem, że mogę! Jeszcze tylko.. Ta ostatnia rzecz.. I koniec żywota nastaje. Pierdolę cały ten świat. Jak trzeba mieć najebane we łbie, żeby chcieć żyć? To nie ja powinnam się leczyć. A zatem koniec był bliski. Koniec stał się jeszcze bliższy.
To wszystko stało się takie nierzeczywiste. Wszystko się pojebało.. Jeszcze 4 godziny temu tak się cieszyłam.. Tak uwielbiam te rozmowy, całą hmm.. ..terapię. A jednak.. To, co się rozpieprzyło we mnie, już się nie scali w całość. Już mi wszystko jedno. Tak wykurwiście nie mam siły żyć. Chce mi się drzeć z bólu. Wewnątrz przepala mnie bezsilność. Właśnie umieram. Chciałabym teraz to zakończyć. Nie mam oporów. To jest ten jebany moment, tak długo wyczekiwany, kiedy ja wiem, że mogę. Wiem, że dam radę. A czekam. Czekam na coś, wiem na co. Tak naprawdę czekam na nic. Ale czekam. To już lada dzień. Udało się. W końcu kurwa się udało. Osiagnąć apogeum bezsilności i bólu. Doszłam do miejsca, gdzie cierpienie z bezsilności wygrało ze wszystkim. Nadzieja umiera ostatnia. To właśnie ona umarła. Tak długo na to czekałam. Czy ja się już żegnam? Czy ja w ogóle mam się z kim żegnać? Prawdopodobnie i tak nie ma to dla mnie znaczenia. Przegrałam życie? Czy wygrałam ze śmiercią? A może wygrałam z życiem? Przecież to i tak nie ma znaczenia. Przecież nic już nie ma znaczenia. Nie dla mnie.
Nigdy więcej nie spotkamy się,
świecy płomień już zgasł..
Trwam w tym bezsensie.. Chce mi się ryczeć, wyjść i biec. Jak najdalej. I gdzieś po drodze stracić to życie.
Nie ma w tym życiu czegokolwiek, co chciałabym robić. Nie ma nikogo i niczego, co dałoby jakąkolwiek chęć do życia. Ból w środku nie ustaje.. Zatracam się w nim. Nie daję rady funkcjonować. Męczy mnie wychodzenie do ludzi. Nienawidzę ich. Czuję się taka osaczona, kiedy wokół są ludzie. Mam dosyć każdej chwili, która nastaje. Chciałabym wyjść. Tam w to miejsce, na które tak często chodzę. Ale i mieć tą pewność, że już stamtąd nie wrócę. Modlę się o to bym miała na tyle siły, żeby odejść z tego świata.
Jest we mnie jakaś druga, niewielka część, która na coś czeka.. Sama nie wiem na co. Czy terapia może mnie naprawić? Sama nie wiem czy powinnam komuś zawracać głowę moim pieprzonym istnieniem. Tylu osobom byłoby lepiej, gdybym w końcu się stąd odseparowała.. Przestałam już myśleć co potem. Co po śmierci.. Wtedy nie mam czego się bać..
W piątek terapia.. Czy ja jej w ogóle chcę? Nie umiem sobie odpowiedzieć.. Jest tragicznie. Nie chodzi o nagłe emocjonalne zdarzenia, w których człowiek chce się zabić z bólu. Od pewnego czasu non stop czuję ten ból w sobie. Jest mi źle, bo.. ..bo straciłam wiarę, nadzieję, chęci. Nie chodzi o to, że nie wierzę, że mogę nauczyć się żyć ze sobą.. Ja po prostu nie chcę. Nie chcę żyć, nie chcę wierzyć. Nie potrafię, nie chcę. To nie mija, z dnia na dzień coraz trudniej jest mi powstrzymać się od kolejnego pójścia na most. Od kolejnego kroku naprzód. Staram się dotrwać do piątku, do spotkania z psycholo. Nie wiem. Chcę stąd odejsć cholera jasna.. Wiec dlaczego tego nie zrobię? Dlaczego jednak czekam do tej terapii? Nie czekam na cud, nie wierzę, nie chcę. Tak cholernie szczerze nie chcę mieć chęci do życia. Czas umierać? Czy ja powinnam komuś dawać szansę na uratowanie mnie? Komu powinno zależeć? Nie ma dla mnie miejsca nigdzie na tym świecie. Żadne myśli o jakimkolwiek wyjeździe.. Gdziekolwiek.. Nie dają mi żadnego poczucia chęci życia. Przeżyłam już swoje. I tak długo wytrzymałam. Nie chcę.. Przed szpitalem, w trakcie, po wyjściu.. Jest tylko gorzej.. Nie rozumiem, jak ludzie mogą nie czuć tego bezsensu. Jak ludzie mogą nie chcieć umrzeć. Nie rozumiem, dla mnie to jest chore. Chore jest to życie.
No i tak też się stało.. 8 kwietnia znalazłam się w Szpitalu Psychiatrycznym na Oddziale Zamkniętym F1.
Heh.. Nigdy nie sądziłam, że tak to się potoczy.. Że myśli i tendencje samobójcze, to coś tak poważnego, że mogą zatrzymać mnie wbrew własnej woli. Przez ten tydzień udało mi się mniej więcej "przekonać ich", że tak naprawdę obecnie nie mam żadnych chęci zabicia się. Po tej codziennej walce o wypis, w końcu się udało.
Było mi tam tak cholernie źle, że chętnie powiesiłabym się tam na jakiejś klamce, ale walczyliśmy i w końcu wywalczyliśmy ten jebany wypis.
Było bardzo ciężko, tak bardzo nie chciałam tam być.. Ale nie żałuję. Trochę nawet myślę, że powinnam tam zostać.. Że od śmierci dzieli mnie tak niewiele, że tylko oni mogliby pomóc..
Patrzę w lustro i widzę obcą postać. Kim jesteś? - pytam. Nie dociera do mnie, że ja to ta dziewczyna, której odbicie widzę, to ta dziewczyna, która ma ogromny psychiczny problem. Dlaczego..?
Wyszłam, siedzę w domu i.. ..i czuję tą cholerną pustkę i mam ochotę się zabić. Nie wiem dlaczego, nie wiem po co. Po prostu tak strasznie mi źle.. Ale nie po to wyszłam, nie po to czeka mnie terapia.. Mogę żyć choćby i po to, żeby zobaczyć czy jest ktoś w stanie mnie wyleczyć.
Jutro 2 marca. No tak. Mijają dwa lata od powstania tego bloga, dwa lata od pierwszej notki. A ja to wszystko pamiętam, jak by to było miesiąc temu. Rozstanie, tak długi, najpotężniejszy ból, jakiego doznałam w życiu. Utracona nadzieja, a ja wciąż żyłam. I zaczął się kolejny związek, znów było pięknie na początku. Lecz później nie tylko ja okazałam się wcieloym złem. Nie wiem, co było gorsze. Wielki ból.. Czy wielka nienawiść.. Najgorsze było chyba to, że zawsze tchórzyłam. Że nigdy nie skoczyłam.
Szczerze mówiąc przestaję widzieć sens pisania tego bloga. Kiedyś musiałam gdzieś krzyczeć, straciłam wszystko, nie miałam do kogo się zwracać. Może jeszcze wołałam o pomoc? Nie wiem.
Dzisiaj to już nie to samo. Nie piszę z bólu, włada mną nienawiść, bezsilność, totalny bezsens. Marzę o tym, by zostawić ten cały świat, który jest wokół mnie teraz. Żeby wsiąść w pociąg i nigdy tutaj nie wracać. Ale do kogo..
Kiedyś tak bardzo chciałam przetrwać. Każda moja komórka wołała o pomoc. W brutalny i bezsensowny sposób, ale jednak. Dziś nie myślę o przetrwaniu, nie myślę o tym, co będzie, co mogłoby być. Modlę sie o wypadek, o porwanie, zbójstwo. Cokolwiek. Nie mogę sie uwolnić od tych myśli, nawet nie chcę.
Tacy ludzie jak ja nigdy nie powinni trafić do jakiegokolwiek związku. Nie powinni nigdy się urodzić.
Brakuje mi.. Kogokolwiek..
Czekam aż znów nadzieja sięgnie dna, zniknie. W końcu przecież się nie cofnę. W końcu zamknę oczy i nigdy już ich nie otworzę.
Hetfield mnie prześladuje.. Tak starsznie potrzebuję takiego poczucia bezpieczeństwa, bezgranicznej miłości, jak do kobiety, ale i jak do córki. Moze dlatego zawsze marzyłam o takich starych facetach. Może nikt nigdy nie byłby w stanie dac mi tego czego tak bardzo potrzebuję..
Brnę we wspomnienia.. Przeczytałam wiele własnych rozmów sprzed jakichś 3 lat.. I staram się zrozumieć, jak można być takim człowiekiem.. ..jak ja. Jak można być takim złem, jak można tak krzywdzić ludzi. Wiem, że i mój poprzedni facet i obecny mąż to zajebiście dobrzy ludzie, którzy chcieli dla mnie jak najlepiej. To ja ich niszczyłam, ja ich sprowadzałam do poziomu zera, ja ich zmieniłam. Zmieniłam ich tak, że mnie znienawidzili. Nikt nie wytrzymywał. Nie jest mi żal, że kiedyś to wszystko się rozpieprzyło, wiem, ze tak musiało być. Ale kiedy czytam to wszystko, zdaję sobie sprawę, jak niszczyłam i niszczę wszystkich ludzi. Jak zawsze wszystkiego jest mi za mało, jak bardzo potrzebuję ciągłego zapewniania, opiekowania, pomagania.. Jestem niczym.
Nie umiałam inaczej z poprzendim facetem i byłam potworem. Teraz też nie umiem inaczej. I każdy z Was staje się taki sam.. Tak samo przestaje wytrzymywać..
Bo nikt nie rozumiał, ze to jest we mnie, ja sama nie rozumiałam. Nie rozumiałam, że tacy nie są inni ludzie. Nie wiedziałam, że to, co robię jest chore.
Ja zmieniłam mojego męża. On stracił w moich oczach, bo takim go stworzyłam. A on sam i tak pewnie nie wie, jak się zmienił.. Bo zaczełam wyniszczac tak, jak 3 lata temu poprzedni związek.
Tak zajebiście się nienawidzę. Takich ludzi jak ja powinno się skazywać na karę śmierci, by nie zaburzali społeczeństwa. Nie mogę zrozumieć dlaczego taka jestem. Dlaczego ja i dlaczego nikt nie umie mi pomóc?
Jest tragicznie. Kurwa mać. Wiem, że wszystkim byłoby tu łatwiej beze mnie. I mi też. Kurwa wiem to. Znalazłam sobie miejsce na śmierć. Wszystko już wiadomo. Wszystko jest takie proste. A jednak to kurwa takie trudne. Jest mi tak źle kurwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa. Ja pierdole. Tak mnie kurwa boli wszystko przez tą jebaną pustkę, a ja kurwa mogę tylko pisać.
Przepraszam wszystkich za moje istnienie. Przepraszam kurwa za mnie i za wszystko, co w życiu zrobiłam. Ale nienawidzę siebie pewnie bardziej, niż Wy wszyscy razem wzięci.
Z góry zapraszam wszystkich na mój pogrzeb, na który i tak nikt nie przyjdzie. Sama bym chętnie na niego przyszła.
Nie wiem, co mam robić tak naprawdę. Nienawidzę mojego życia, nienawidzę wszystkiego w nim i wszystkich. Nie mam już siły. Nie wiem dokąd uciekać. A raczej wiem dokąd, ale nie wiem jak, nie wiem, co dalej..
Modlę się tylko o śmierć.. I o odwagę, by pozbawić się życia samemu.
Heh.. Rzuciłam studia. Jebie mnie to całe życie. Szkoła Muzyczna czeka.. A ja.. Ja mam dosyć.. Czasem jest dobrze.. Przed godzinę-dwie.. Umiesz chuju tyle naobiecywać.. Chyba i tak w to nie wierzę, po prostu łatwiej to zaakceptować, niż wziąć się w garść i uciec od Ciebie. Ktoś z nas tu zginie. Ktokolwiek to nie będzie, to i tak zginie z mojej ręki.
Nienawidzę Cię. Nie proszę żebyś się zmienił. Proszę żebyś był jeszcze gorszy, jeszcze podlejszy. Bym nie zastanawiała się ani chwili przed odejsciem na drugi świat. Nienawidzę Cię. Może gdzieś wewnątrz kocham.. Może.. Ale tą cienką warstwę Miłości od dawna przykrywa gruby płat nienawiści..
Więc czym są te wszystkie piękne momenty, w których moja Miłość i pragnienie jego rozbrzmiewa w całej mojej duszy.. Czym są te momenty, w których jest po prostu dobrze.. Czym one są przy chwilach, kiedy nienawiść siega zenitu, bo on po raz kolejny używa siły.. Po raz kolejny bije, po raz kolejny poniża i pokazuje swoją władzę.. Zawsze myślałam, że jak facet by mnie uderzył, to od razu bym odeszła.. Nie jedna tak myślała, z pewnością.. Dziś jest to po prostu normalne, że on mnie tłucze, jak się coś nie spodoba. Że nie zna umiaru, że nie szczędzi sił. Marzę by odejść.. A potem przychodza te dobre momenty i znów myślę, że jest dobrze, ze teraz chce być z nim.. Wiem, że muszę odejść.. Nie tylko dla siebie. Bo przecież jeśli mnie nie może uderzyć, to wyżywa sie na kocie, by tylko sprawić mi ból.. Nienawidzę go.. Marzę by to się skończyło, by pójść krok do przodu, a nie trwać w takim poniżeniu non stop.. Kiedy jest dobrze to cieszę się, że wzięliśmy ślub, że jesteśmy razem, że jest przy mnie. Ale czym są te momenty.. Przecież i tak wraca całe zło.. Juz nie wiem, kto tu bardziej potrzebuje terapii.. Ale gdzie ja miałabym iść.. Tak bardzo nie chce mi się kurwa żyć. Marzę, by sie odważyć. By stanać twarzą w twarz ze śmiercią i oddać się jej, bez zahamowań, po prostu to wszystko zakończyć.. Do tego dążę..
Boże Przenajświętszy! Błagam Cię całym moim poszarpanym, cierpiącym serduszkiem.. ..Zabierz mnie z tego świata! Błagam! Odchodzi tylu ludzi w wypadkach i nie-wypadkach. Odchodzą ludzie, którzy nigdy nie chcieliby umierać. A ja Cie błagam, jak Ewa błagać może Boga - spaw proszę, aby moje ciało umarło! BŁAGAM. Nie jestem w stanie prosić o nic innego, już najwyższy czas. Pomóż mi prosze pchnąć siebie na tą drugą stronę albo sam spraw, ze się tam znajdę. Proszę. Wszem i wobec znasz moje myśli, a teraz możesz przeczytać to również na moim blogu. Tak bardzo proszę.. O śmierć Cię proszę. Nie ważne, co ona przyniesie. Ale proszę Cię zabierz mnie stąd.. Zabierz.. I nigdy nie każ wracać. Nie chcę walczyć, nie chcę jakichkolwiek zmian, nie chcę żeby było dobrze. Nie chcę tu istnieć, wiesz przecież. O śmierć Cię proszę..
Nienawidzę Cię za to, że przy mnie stałeś się większym złem, niż ja sama. Nienawidzę Cię za Twoją nienawiść, za to jaki jesteś.
"Nie chce być sam. Nigdy nie chciałem być sam. Kurewsko tego nienawidzę. Nienawidzę tego, że nie mam z kim porozmawiać, nienawidzę tego, że nie mam do kogo zadzwonić, nienawidze tego, że nie mam nikogo, kto potrzyma mnie za rękę, przytuli mnie, powie mi, że wszystko będzie w porządku. Nienawidzę tego, że nie mam nikogo z kim mógłbym dzielić nadzieje i marzenia, nienawidzę tego, że przestałem mieć nadzieje i marzenia, nie znoszę tego, że nie mam nikogo, kto powiedziałby mi, żebym się trzymał, że jeszcze kiedyś je odnajde. Nienawidze tego, że kiedy krzyczę, a krzyczę jak opętany, to krzyczę w pustkę. Nienawidzę tego, że nie ma nikogo, kto by usłyszał mój krzyk, i nie ma nikogo, kto pomógłby mi nauczyć się, jak przestać krzyczeć."
Nadszeł czas, by splątać szubienicę. By zostawić wszystko to, co tutaj istniało, by zostawić cały ból i wszystkie rany.
Pamiętam.. Dwa lata temu.. Było tak źle.. A ja chciałam umierać, bo tak się bałam tego, że to ja zostanę sama, tak się bałam, że zakończy się wszystko to, co wtedy miałam.. Tak.. Zakończyło się, w końcu to od tamtego wydarzenia powstał ten blog.. A dziś.. Dziś marzę o śmierci, bo nie chcę trwać z człowiekiem, któremu powierzyłam się do końca życia. Nienawidzimy się oboje. Jego osoba zaprzecza wszystkiemu, czego ja potrzebuję. I tak też szukam.. Szukam tego czegoś w ludzich wokół.. We wspomnieniach, w marzeniach.
Już pomijając fakt nie radzenia sobie całkowicie ze sobą, z własną tożsamością, z własnym bólem.. Pomijając to, że potrzebuję pomocy, której od nikogo nigdy nie otrzymałam.. To jestem kurwa tak nieszczęśliwa z tym człowiekiem.. Przepraszam. Nie, nie chcę ranić. Wiem, że każdy jest, jaki jest.. Ale ja nienawidzę tego, jaki Ty jesteś. Jaki jesteś jako osoba i jaki jesteś dla mnie..
Czy ucieczka ma jakiś sens? Czas najwyższy napisać parę ostatnich słów i zawiesić szubienicę. Czas najwyższy, by pożegnać wszystko i wszystkich, którzy kiedykolwiek sprawili, że choć odcinek tego życia miał jakikolwiek sens.
Zdążę się jeszcze pożegnać. Zdążę jeszcze napisać parę słów. Tymczasem czas się przygotować..
Często bywa, że myślę o tym, co było, o tym 'co by było gdyby..', o tym jak często jedna rzecz zmieniała bieg życia na zawsze.. Myślę o tym, co było kiedyś.. O tych ludziach, którzy pojawiali się i znikali z mojego życia.. I zastanawiam się czy szkoda.. Przychodzą też myśli, że poszłam o krok za daleko, przez który w moim życiu już nigdy nie zaświeci Słońce. Jest mi źle, biję się w środku sama ze sobą. Chciałabym uciec, jak najdalej. Pamiętam, jak było pięknie. Pamiętam, jak było tragicznie. Przez ostatnie 3-4 lata tyle doświadczyłam uniesień i coraz to boleśniejszych upadków. A teraz.. Teraz czuję się jak bym tkwiła w próżni. Zmieniłam swoje życie na zawsze bez możliwości odwrotu.. Tak bardzo tego chciałam.. Ale nie zdawałam sobie sprawy w co ja wchodzę.. Chciałabym by coś się zmieniło. Żebym przestała sie budzić codziennie z myślą o tym, że nie mam innego wyboru, że tak bardzo nie chcę żyć, że to wszystko mnie przerasta..
Anatomia czeka, prezentacje czekają.. A ja zamiast się uczyć, żeby mnie z tych studiów niewyeksmitowali, to siedzę, ryczę i zastanawiam się co dalej.. Nie potrafię wyzbyć się myśli o samobójstwie. Nie wiem czy kiedykolwiek byłam, aż tak bezsilna co do mojego życia.. Nie wiem czy kiedykolwiek tak bardzo marzyłam o śmierci.. Po raz kolejny przestałam modlić się o to, by było dobrze.. Śmierć.. Tylko o nią potrafię prosić Boga..
Nie wiem czy możliwość ucieczki jest taka realna.. Zostawić wszystko i wszystkich, nigdy nie wracać. Może nowe życie czeka na mnie gdzieś tam.. Nie wiem czy potrafię.. Nic już nie wiem..
Co by było gdyby.. Gdyby to życie inaczej sie potoczyło.. Gdyby Bóg postawił na mojej drodze innych ludzi, gdyby czasem coś sie nie wydarzyło.. Co by było.. Pewnie to samo.. Bo przecież ja nie mogę być szczęśliwa.. Albo chociaż tak strasznie nie nieszczęśliwa.. Pewnie to samo, bo przecież mi nikt nie potrafi dać tego, czego potrzebuję..
Biję się sama ze sobą o to kim jestem, kim chcę być.. Z zewnątrz wydaje mi sie to takie żałosne.. A w środku odbywa się dramat. Nie mogę dojść do tego kim ja jestem. To tak jak bym patrzyła na siebie zamkniętą w przeźroczystym naczyniu i zastanawiała się kim ja mogłabym być, kim tak naprawdę jestem..
Na wsparcie nie liczę, przestałam liczyć.. Wiem, że on nigdy mi nie pomoże i nie będzie w stanie mi pomóc..
A może ktoś chce mnie przygarnąć? Gdziekolwiek byle daleko.. I lubię długo spać..
Tak strasznie chce mi się kurwa ryczeć. Tak strasznie kurwa chciałabym żeby mnie ktoś przytulił.
Jest mi tak zajebiście źle.. Nie wiem, jak wiele razy to pisałam.. Ale cóż.. No jest kurwa beznadziejnie.
Chciałabym uciec.. Uciec jak najdalej.. Od zapoconego i brudnego męża, który się nie kąpie kilka dni, od jego odzywek, słów, ciągłego olewania mnie i ignorowania..
Chciałabym uciec gdziekolwiek. Wiem, wiem, że mogę. I wiem też, że jedyne, co mnie powstrzymuje, to reakcja innych na to. Nie jestem w stanie tak żyć. Nienawidzę tego człowieka, a on nienawidzi mnie. Nigdy nie przypuszczałam, że mój związek może wyglądać, jak związek moich rodziców, których tak naprawdę łączył tylko papierek i wspólne mieszkanie. Żadnych uczuć, każdy miał i ma swoje odrębne życie. A jednak.. Wyszłam za człowieka, z którym łączy mnie.. W zasadzie nawet nie wiem już co.. Jest tragicznie. I tak wiele bym dała, by nigdy go nie poznać.
Nie wiem czy to przeczytasz Krzysztof, w końcu i tak tu bywasz. I nie wiem czy to jest krzywdzące, nie wiem czy wyrzucisz mnie za to z mieszkania. Nie wiem. Ale jest mi wszystko jedno.
Nienawidzę takiego życia. Nienawidzę mojego życia i wszystkiego w nim. Może oprócz Kota. Jest strasznie, jest tragicznie. Nie chcę tego życia i nie daję rady. Nie liczę na cokolwiek. Bo na co ja mogę liczyć? Od jakiegoś czasu bezsilność pozwala tylko myśleć o tym, kiedy i jak najskuteczniej odejść z tego świata. Marzę o tym, by nie żyć. I wiem, że to osiągnę. Bo wiem, że przegrałam już wszystko. przegrałam moje życie, oddając je Tobie.
Licze, że i Ty bedziesz szczęśliwy, gdy tego dnia zdasz sobie sprawę, że moja śmierć była potrzebna, by każde z nas miało szansę na coś lepszego..
Czasem myślę o tych wszystkich ludziach, których spotykałam wcześniej na swojej drodze.. O miłościach niemożliwych, tych jednostronnych, bolesnych, nigdy niespełnionych i o tych całkiem możliwych.. Znienawidzili mnie wszyscy oni.. A Ty.. Ty się nie poddałeś i dzięki temu znienawidziliśmy sie oboje.
Czy się już żegnam? Nie wiem, nie wykluczam.. Nie wykluczam też, że przed odejściem pojawi się jeszcze nie jedna notka.. Po prostu nie wiem.. Czekam na moment, odpowiedni.. Ostatni..
Zastanawiam się, jakim musiałby być świat, by mój fragment mógł się jakoś do niego dostosować. Nie istnieje taki świat. Nie istnieje życie, w którym chciałabym żyć. Nie daję sobie rady. Mogłabym przespać całe życie, nic nie robiąc. Olać studia, nie szukać kolejnej pracy, nic. Po prostu nie mam siły. Ten bezsensowny system mi nie odpowiada, nie odpowiada mi wszystko takie, jakim jest w tym świecie. Chciałabym stąd uciec, jak najdalej, jak najszybciej. Sama, co dzień zadaję sobie pytanie dokąd ja zmierzam, czego chcę, a przede wszystkim - kim ja jestem i kim chciałabym być. Nie wiem. Codziennie wydaje mi się, że odpowiedzi na te pytania są całkowicie różne. Jestem sama w sobie nieokreślonym bezsensem, który wciąż chciałby być inny, który codziennie chciałby czego innego. Chcę wszystkiego. Nie chcę niczego.
Jest tragicznie. Ty nie jesteś mi pomocą w żadnym stopniu.. Ty i życie z Tobą ciągnie mnie w dół, a ja wyjąc z rozpaczy i bezsilności zastanawiam się nad moim sensem bytowania. Kochamy się tak, że musimy byc razem. Nienawidzimy się tak bardzo, że chcielibyśmy uciec w dwie przeciwne strony, jak najdalej. Normalnie nie zwracam na to uwagi. Jednak czasem przychodzi chwila refleksji i zastanawia mnie czy jakikolwiek związek, małżeństwo potrafi zadawać sobie codziennie tyle bólu i nienawiści.
Boję się. Boję się nowych ludzi, presji, a przede wszystkim jakiegokolwiek wysiłku, który w moim mniemaniu jest bezsensowny w tym systemie. Nie zamierzam pracować całe życie, bo nie po to się tu męczę z moimi zwłokami, żeby pracowac cały czas. Odpada. Nie wiem. Przeraża mnie to, ale przerasta również w każdym stopniu.
Chciałabym umrzeć. Ale nie wiem czy potrafię. Po przetwaniu tylu tragicznych okresów, tylu lat w bólu, tylu chwil nie do przejścia.. Po przetrwaniu takich rzeczy, zabić się wcale nie jest tak łatwo. Marzę o tym, marzę, by coś mnie pchnęło na drugą stronę. Widząc na ulicy karetki na sygnale, słysząc w telewizji o tylu wypadkach.. Zawsze zastanawiam się dlaczego kurwa mi się nie może nic przydażyć, żebym wreszcie wypierdoliła z tego świata.
Kocham Cię mężu. Jednak odczuwalnej miłości między nami jest conajmniej trzysta tysięcy razy mniej niż nienawiści, jaka istnieje między nami. Boli. A nawet nie chodzi tu już o ból.. Ale o samą bezsilność..
Marzę o psychiatrze, marzę o tym, by ktoś mógł wysłuchać tego całego gówna w najgorszych momentach, żeby naprawił we mnie wszystko to, co nie działa poprawnie. Czyli całą mnie.
Bo choć w człowieku chęć dążenia do śmierci jest ponad wszystko, to nadzieja zawsze umiera ostatnia. Niestety. Tak, również żałuję, przykro mi. Też mam tą pieprzoną nadzieję.. I to chyba zbyt czesto..
Tak bardzo chciałabym odejść, nic nie czuć, nigdy.. Nienawidzę Ciebie, tego co robisz, tego jaki jesteś. Marzę o śmierci, znów tylko ona oplata mój umysł od początku do końca.. Nie daję rady.. Sama ze sobą, a co dopiero ze światem zewnętrznym.. Potrzebuję kogoś blisko.. Nie, nie Ciebie.. Bo Ty mi nie potrafisz dac tej bliskości, nie potrafisz zapełnić pustki.. Dzięki Tobie.. Dzięki Tobie mam nadzieję pokonam każdą barierę, by wreszcie odejść z tego świata.
Zdycham, jak śmieć, jak szmata.. Gniję, zdycham..
No i wyszłam za mąż. Zero stresu, a dzień najcudowniejszy w życiu. Zapewne tragicznie i tak będzie, ale póki co, trzeba zyć dzisiejszym dniem.
A jednak.. Żyję, pracuję, studentką też jestem. I chuj. Bo 27 października 2010 roku staniemy przed Ołtarzem, żeby zawrzeć małżeństwo.
Warto było..
Pfahaha.. Matura za dwa miesiące. Pomijając fakt, że nie poprawiłam pizdy na semestr z historii to i tak mogę się zajebać o kant dupy. A nawet jeśli zajebie tego pierdolonego zjeba i mnie dopuszczą do matury, to chyba jeszcze większa pizda. Prezentacja maturalna nawet nie zaczęta. A taki zajebisty temat sobie wybrałam.. A tak mi się kurwa nie chce. Nic mi sie nie chce.
Nie poszłam sobie do szkoły, żeby iść na deske. Ha ha. Pierdole to. Mam dosyć. Wszystkiego. Chciałabym zostać sama ze sobą zamknęta w ciemnym pokoju. Sama ze sobą. Z deską i gitarą. I wszystkimi wspomnieniami. I tymi pięknymi, i tymi tragicznymi. Dzięki nim byłabym w stanie wywołać w sobie każde możliwe emocje. Czuję się durnowato bezsilna, bo życie się toczy. Bo życie, które było przez te ponad 18 i pół roku po prostu.. ..wyjebać można. Żal mi. Wszystkiego mi żal.. Żyję tylko przeszłością i przyszłością.. Nie potrafię życ tu i teraz. Nie ma mnie. Czuję teraz, że chciałabym polecieć. Ten ostatni raz.. Skok spadochronowy bez spadochronu.. Chciałabym.. Bardzo. A najbardziej chciałabym przezyć własną smierć.. Zobaczyć reakcje ludzi, własny pogrzeb. A może w ogóle nikt by nie przyszedł? Nie wykluczam. Chciałabym to zobaczyć.. Chyba właśnie to blokuje mnie przed śmiercią.. Chęc zobaczenia, co się po niej zmieni. Czy cokolwiek się zmieni.. Czy ktokolwiek to zauważy, odczuje..
A może czas umierać? Przecież co dzień zadaję sobie to pytanie. Co dzień odpowiedź jest jedna - tak, to ten czas, ale przecież mogę wytrwać. Więc czekam. Czekam do momentu, w którym nie wytrwam. Czekam.. Od ponad 5 lat..
Chce mi się ryczeć, ale nie jestem w stanie. Chce mi się krzyczeć, ale nie mam do kogo. Nie chce mi się żyć, ale mam dla kogo.
Dziś to ja żegnam się z całym światem. Żegnam koszmar, w którym trwałam ponad 18 lat. Tak się cieszę. Choć serce pęka mi z żalu, ból ściska każdy fragment mojego ciała, to ja.. Ja jestem szczęśliwa, bo odchodzę. Bo wiem, że mogę. Bo wiem..
Krzysiu.. Nie umiem Ci już nic powiedzieć.. Czy kocham? Na pewno.. Przykro mi, że przez to przeszedłeś. Przykro mi za całe moje życie.
To musiało sie tak skończysz. Może wierzyłeś, że można inaczej. Nie wiem. Może ja też wierzyłam. Ale szybko przestałam wierzyć.
Ból.. To on mnie pokonał.. To on mnie zniszczył. Tak, to ból i pustka. Rozpieprzony obraz samej siebie, który był raniony jeszcze bardziej niż sam potrafił ranić. Ranił w najczulsze punkty. A był raniony niczym.
Dzisiaj tego nie zrozumiesz, dzisiaj nikt tego nie zrozumie. To my. Marginesy społeczne nie umiejące nad sobą panować. Pieprzeni, tak cholernie wrażliwi ci, którzy bronią sie zadając ból. Ja poległam. Dzisiaj ja, jutro ktoś inny. To przecież nie ważne. Bo ja przecież nie potrafiłam już żyć.
Nigdy nie zrozumiesz.
Łzy bezczynnie spływają.
To nie pora na cięcie.
Pustka.
Niczym niewypełniona pustka.
Gdzieś wewnątrz krzyczę.
Lecz zabija ta pewność.
Że nie ma nikogo, kto krzyk by usłyszał.
Siedze i płączę.
Znów ta sama.
Znów inna.
Umieram, wiesz?
Nie wybaczysz mi, wiem. I Ciebie też zeżre ból. Odchodzę. I żadne z nas już nic z tym nie zrobi.. Odchodzę.
Przestałam walczyć. Oblałam sie obojętnością.
Pokonałam się sama.
czwartek, 17 maja 2012
Niesionych przez wiatr: 8 567 (wersja testowa)