Borderline.. ..walka z własnymi emocjami.

Na zawsze.

W piątek terapia.. Czy ja jej w ogóle chcę? Nie umiem sobie odpowiedzieć.. Jest tragicznie. Nie chodzi o nagłe emocjonalne zdarzenia, w których człowiek chce się zabić z bólu. Od pewnego czasu non stop czuję ten ból w sobie. Jest mi źle, bo.. ..bo straciłam wiarę, nadzieję, chęci. Nie chodzi o to, że nie wierzę, że mogę nauczyć się żyć ze sobą.. Ja po prostu nie chcę. Nie chcę żyć, nie chcę wierzyć. Nie potrafię, nie chcę. To nie mija, z dnia na dzień coraz trudniej jest mi powstrzymać się od kolejnego pójścia na most. Od kolejnego kroku naprzód. Staram się dotrwać do piątku, do spotkania z psycholo. Nie wiem. Chcę stąd odejsć cholera jasna.. Wiec dlaczego tego nie zrobię? Dlaczego jednak czekam do tej terapii? Nie czekam na cud, nie wierzę, nie chcę. Tak cholernie szczerze nie chcę mieć chęci do życia. Czas umierać? Czy ja powinnam komuś dawać szansę na uratowanie mnie? Komu powinno zależeć? Nie ma dla mnie miejsca nigdzie na tym świecie. Żadne myśli o jakimkolwiek wyjeździe.. Gdziekolwiek.. Nie dają mi żadnego poczucia chęci życia. Przeżyłam już swoje. I tak długo wytrzymałam. Nie chcę.. Przed szpitalem, w trakcie, po wyjściu.. Jest tylko gorzej.. Nie rozumiem, jak ludzie mogą nie czuć tego bezsensu. Jak ludzie mogą nie chcieć umrzeć. Nie rozumiem, dla mnie to jest chore. Chore jest to życie.