Borderline.. ..walka z własnymi emocjami.

Rozdział życia został zakończony.

To wszystko stało się takie nierzeczywiste. Wszystko się pojebało.. Jeszcze 4 godziny temu tak się cieszyłam.. Tak uwielbiam te rozmowy, całą hmm.. ..terapię. A jednak.. To, co się rozpieprzyło we mnie, już się nie scali w całość. Już mi wszystko jedno. Tak wykurwiście nie mam siły żyć. Chce mi się drzeć z bólu. Wewnątrz przepala mnie bezsilność. Właśnie umieram. Chciałabym teraz to zakończyć. Nie mam oporów. To jest ten jebany moment, tak długo wyczekiwany, kiedy ja wiem, że mogę. Wiem, że dam radę. A czekam. Czekam na coś, wiem na co. Tak naprawdę czekam na nic. Ale czekam. To już lada dzień. Udało się. W końcu kurwa się udało. Osiagnąć apogeum bezsilności i bólu. Doszłam do miejsca, gdzie cierpienie z bezsilności wygrało ze wszystkim. Nadzieja umiera ostatnia. To właśnie ona umarła. Tak długo na to czekałam. Czy ja się już żegnam? Czy ja w ogóle mam się z kim żegnać? Prawdopodobnie i tak nie ma to dla mnie znaczenia. Przegrałam życie? Czy wygrałam ze śmiercią? A może wygrałam z życiem? Przecież to i tak nie ma znaczenia. Przecież nic już nie ma znaczenia. Nie dla mnie.

 

Nigdy więcej nie spotkamy się,
świecy płomień już zgasł..